W poszukiwaniu pomysłów na biznes

Prawdziwym hamulcem przedsiębiorczości nie jest deficyt funduszy na start, tylko brak pomysłów na biznes. A jak się nie ma swojego pomysłu, to trzeba go od kogoś kupić. Obawiam się, że gdyby każdy działał w myśl zasady „pierwszy milion trzeba ukraść”, to zaraz samoistnie spełniłaby się słynna prognoza, że „nie będzie niczego”. Wcale nie dlatego, że kraj opanowałaby fala grasujących złodziei pierwszych milionów. Problem polega na tym, że w domyśle łacińskiej sentencji ten ukradziony milion stanowić miał zalążek wielkiego majątku. Tymczasem większości z nas okrągła kwota przeciekłaby przez palce, zanim zdążylibyśmy zdecydować, jak ją pomnożyć.

W badaniu przedsiębiorczości przeprowadzonym przez Amway w 2013 roku 81 proc. ankietowanych poniżej 30 roku życia przyznało, że interesuje się otwarciem własnej firmy. Z kolei w sondażu portalu Praca.pl (przeprowadzonym już w pełnym przekroju wiekowym) 6 na 10 Polaków stwierdziło, że za wygrany na loterii milion złotych założyłoby biznes. Wydawałoby się, że aż się rwiemy na swoje. Tylko nam rzucić ten milion (albo lepiej – sto milionów, co to nam się od dawna należą), to zaraz tu drugą dolinę krzemową urządzimy.



I co? I rzucają. Zastępy aniołów biznesu, armie funduszy seedowych, private quity/ venture capital, szeregi instytucji publicznych. Programy, konkursy, inkubatory, dotacje, nawet kredyty o śmiesznie niskim oprocentowaniu. Pieniądze są początkującym przedsiębiorcom podtykane pod nos na każdym kroku. Wystarczy opakować pomysł na ich wykorzystanie w odpowiednie ramy formalne i można zarabiać. Tylko, że jak przychodzi co do czego, to okazuje się, że nie ma czego opakować. Bo pomysł na biznes każdy ma, ale jak siedzi ze szwagrem przy flaszce. A następnego dnia jak spojrzy na biznesplan nabazgrany na serwetkach, to go śmiech pusty ogarnia. Brakuje pomysłów przemyślanych i popartych prawdziwą determinacją. Nawet nie na jakiś nowy polski Google czy inny Facebook, tylko na zwykłą firmę usługową.

W ciągu ostatnich dwóch dekad zagwozdka w postaci znalezienia wymarzonego biznesu zyskała nieco inny wymiar. Jednym z wolnorynkowych wynalazków przedsiębiorczości, jakie na dobre zakorzeniły się w Polsce, jest franczyza – metoda rozwoju własnej firmy przy wykorzystaniu cudzej marki, wiedzy i doświadczenia. Dziś na rynku mamy blisko 60 tys. lokali handlowych i usługowych, których właściciele kupili biznesowe „patenty” łącznie ponad 940 franczyzodawców. Spotykamy je na każdym kroku – na fotelu u kosmetyczki, w sklepie odzieżowym, myjąc auto w myjni bezdotykowej czy deponując pieniądze w banku.

Jeśli ktoś szuka swojego miejsca na rynku i ma świadomość, że pomysł na biznes można kupić, sztuka wyboru nabiera zupełnie nowego znaczenia. Nie chodzi już tylko o branżę i rodzaj działalności, ale też o specyfikę firmy, która przekaże nam swoje know-how. Dlatego zanim zdecydujemy się, do jakiej sieci przystąpić, powinniśmy uważnie przestudiować warunki współpracy, pogadać z działającymi już franczyzobiorcami, dać umowę do przejrzenia prawnikowi i uważnie wszystko podliczyć.

To jasne, że wielu przedsiębiorczych nigdy nie wybierze biznesu na licencji, bo nie w głowie im podporządkowywanie się cudzym zasadom i działanie według ustalonych reguł. „Po co kupować od kogoś, zrobię to sam, lepiej i jeszcze sprzedam licencję” – zarzekają się. Proszę bardzo, zrób to. Jeśli potrafisz, to w istocie franczyza ci nie potrzebna. Tylko pamiętaj, że franczyza to nie tylko licencja na umiejętności. To także marka, której nie buduje się w kilka dni.

Jeśli natomiast zdecydujesz się działać według cudzego przepisu, to nie oczekuj, że jak powiesisz sobie szyld ze znaną marką nad sklepem, to klienci rozłożą ci się pod drzwiami jak Japończycy w oczekiwaniu na premierę iPhone’a. Albo że jak tylko urządzisz swoją placówkę bankową, to zaraz ustawi się kolejka po pożyczki. Niektórzy kończą remont i zadowoleni rozsiadają się w biurze prezesa z założonymi – w końcu są teraz bankierami, a co. A rzeczywistość szybko sprowadza ich na ziemię: Panie bankier, telefon w łapę i dzwonimy – klient sam nie przyjdzie. I pilnuj się, bo w każdej chwili w twoim punkcie może pojawić się rewizor od franczyzodawcy i sprawdzić, czy działasz zgodnie z jego regułami. Dobra wiadomość: zwykle jeśli ich przestrzegasz, to zaczniesz zarabiać. Tak to jest zrobione.

Jeszcze kilka lat wstecz, gdy członkowie Polskiej Organizacji Franczyzodawców jeździli z wykładami po wyższych uczelniach w Polsce, zdarzało im się powadzić wykłady o franczyzie dla kilku osób na krzyż. Dziś studenci takich spotkań wyczekują. A już te tysiące ludzi przewijających się przez warszawskie targi franczyzy w Pałacu Kultury to naprawdę dowód, że coraz więcej Polaków wie, skąd czerpać pomysły na inwestowanie własnego czasu i pieniędzy. Hannibal Smith z Drużyny A pod koniec każdego odcinka odgryzał końcówkę cygara i z uśmiechem stwierdzał, że grunt to dobry plan. W biznesie jest podobnie. Najpierw trzeba wiedzieć, co i jak chce się zrobić. I jeśli rzeczywiście gra jest warta świeczki, to pieniądze się znajdą.
Trwa ładowanie komentarzy...